Istnieją kraje, które uwielbia się bezwarunkowo. Dla Kuby od lat jest to Gruzja, ja mam z kolei Hiszpanię. I wcale nie oznacza, że są to kraje idealny, bo często wręcz przeciwnie,  ale mają w sobie coś takiego, że czujemy się tam jak w domu, czasami nawet silniej niż w Polsce. Dlatego nieziemsko cieszę się, że znów pojedziemy w bliskim mi kierunku i to w rejon, który od zawsze chciałam poznać.

Wiem, wiem, to niemożliwe, głupie, dziwne, żeby ze wszystkich krajów świata upodobać sobie właśnie kraj europejski i to taki, który rokrocznie odwiedzają chmary turystów. Są jednak takie sytuacje, że nie znajduje się racjonalnego wytłumaczenia i Wam także nie radzę go szukać. Nie raz przecież i nie dwa byłam gdzieś daleko, czułam się bardziej orientalnie, poznawałam bardziej interesujących ludzi, widziałam bardziej fascynującą naturę, jadłam boskie jedzenie. Co jednak z tego, że byłam tam raz i w większości przypadków wcale nie mam potrzeby wracać. Zobaczyłam, doświadczyłam, wspomnienia pozostały spisane na blogu albo i nie, no i tyle.

Myślę, że dobrym wskaźnikiem na zbadania atrakcyjności danego kraju jest zadanie sobie pytania – gdzie ewentualnie chciałabym/chciałbym zamieszkać, gdybym chciała/chciał się wyprowadzić z Polski. Ja tylko raz zadałam sobie to pytanie, gdy bezrobocie tam było na zupełnie normalnym poziomie, i tylko raz chciałam się wyprowadzić z Polski właśnie do Hiszpanii.

Ale jak to się wszystko zaczęło? – Pierwszy raz pojawiłam się w niej z 5-6 lat temu z mglistym pojęciem, co mnie tam czeka. Pojechała z kilkoma stereotypami – siesta, fiesta, tapas oraz bez większego przygotowania. Spodziewałam się, że spotkam miłych ludzi, ale że aż tak pozytywnych, rozbawionych, pomocnych, pozytywnie zakręconych, to nie. Nie myślałam, że będą reagować na mnie nieogarniętą, stojącą z wielkim planem, z pytaniem na twarzy – dokąd iść. A oni podchodzili i zagadywali, czy pomóc, ale w nienachalny, bardzo miły sposób, mimo że ni w ząb nie znałam ich języka. Niejedną zabawną sytuację przeżyłam i nie pierwszy raz okazało się, że porozumiewanie się na migi bywa proste.

To, że jedzenie dyktuje długość i jakość dnia pracy, pewnie w Polsce nabawiłoby mnie mega frustracji. Wiem, jak wygląda współpraca z hiszpańskimi firmami, i zdaje sobie sprawę z tego, że mogłabym tego nie znieść, ale tam, „w podróży”, bez roboty to wszystko było cudowne. Pyszne śniadanie, świeże pieczywo, cudowna kiełbasa chorizo i szynki… Do tego ser i świeże warzywa. Owoce morza na obiad. Cudowne tapasy – nawet ziemniaczki tzw. patatas bravas smakują super. No i sangria… Gdy po powrocie mówiłam, jakie pyszne są tam kanapki, nikt mi nie wierzy. – Ale jak to, w Hiszpanii? Pyszne pieczywo? – Niemożliwe. Mnie wszystko tam smakowało bosko od owoców po paellę i inne specjały. Do tego piwo – dość słaby, ale niesamowicie dobry San Miquel. Zabawne, że gdy przywieźliśmy go do Polski, okazywało się, że tu już nam w ogóle nie smakuje. Nie ten klimat, nie ten nastrój, nie to miejsce? W Hiszpanii wszystko smakowało bosko. No i te targi z obłędnymi owocami, wędlinami i owocami morza. Cudowne…

Do tego ten klimat i uwielbienie dla piłki nożnej. Od zawsze lubiłam oglądać mecze, ale liga polska od czasów późnego liceum  jest już poza moją percepcją, natomiast z FC Barceloną to była fajna historia. Miłość do tej drużyny nie narodziła się przed telewizorem, tylko na żywo. Gdy z 5 lat temu byłam na ich pierwszym meczu na Camp Nou, gdy słyszałam jak kibice śpiewali hymn, widziałam, jak ludzie się angażują i kibicują. To, że przychodzą kibice po 70. oraz małe dzieci, kobiety w ciąży, ludzie naprawdę w każdym wieku. To było niezwykle obserwować, jak wycieczka emerytów z ogromną większością babć, nie dziadków zajmuje swoje miejsca, naciąga ochraniacze w barwach ukochanej drużyny na krzesełka, wyjmuje wielkie kanapki i zaczyna jeść, popijając piwem. Muszę tam wrócić, muszę.

Jest jeszcze jeden bardzo ważny aspekt. – Tylko tam nie mam problemów z wyborem ciuchów. Hiszpańscy projektanci robią to, co lubię. Tylko tam nie męczę się na zakupach i mogę wejść do sklepu i wyjść z dziesięcioma nowymi ciuchami. Żal, że jeszcze nie wszystkie te sklepy dotarły do Polski.

Hiszpania to też kraj z moim ulubionym językiem świata, który odpowiada mi temperamentem i na który się wkurzam, że ciągle jeszcze nie umiem tak szybko i barwnie mówić, ale uczę się, uczę 🙂 Niestety po dwóch latach nauki przyszło półtora roku przerwy, ale wreszcie wracam do tego. Będę się uczyć intensywniej!

A taniec? Tańczę tango nie flamenco, choć to drugie było mi kiedyś bliskie. Do dziś mam ciarki, jak słyszę połączenie dźwięku, muzyki, historii z ekspresją i energią tego tańca.

I Gaudi, od którego zaczęło się moje jakieś mini zainteresowanie architekturą i jej kwestiami użytkowymi. Genialny był…

I jeszcze ten klimat taki niezobowiązujący do niczego. Nikt nigdzie się nie spieszy, życie toczy się swoim rytmem, nie wolno się przepracowywać… Dla mnie na chwilę – boskie. Dlatego prawdziwie czuję tam, że wypoczywam. Choć wiem, że nigdy nie będę mieszkać w tym kraju, i nie będę tam pracować,  wiem natomiast, że zawsze będę wracać.

Tak było wcześniej. Zobaczymy, jak poczuję się w Andaluzji, którą od zawsze chciałam poznać a w tym roku zobaczymy ją po raz pierwszy. Pojedziemy tam za hiszpańskimi korzeniami tanga i już w październiku damy Wam znać, jak to wygląda.

Czasami zastanawiam się, czy coś takiego, hiszpańskiego mam jeszcze szansę poczuć w innym kraju i myślę, że jest na to jedna szansa – Argentyna i Ameryka Południowa, gdzie dotrzemy na finał „Tango story”.