Nieprzespane noce, wstawanie po kilka razy na dobę, jedzenie kolacji zamiast śniadania, spanie w dzień zamiast w nocy – takie katastroficzne wizje i obrazy przemknęły mi przez myśl na moment przed naszym wyjazdem do Ameryki Południowej, gdy zastanawiałam się, jak Amelia zareaguje na nową strefę czasową. Nie spodziewałam się jednak, że wszystko potoczy się w taki sposób.

No to zbudowałam napięcie. Teraz może być już tylko gorzej, ale czy będzie? 🙂

Nie powiem, strefa czasowa była jedną z tych rzeczy, o której myślałam przed naszym wyjazdem do Argentyny. Może snu mi z powiek nie spędzała, bo śpiochem jestem wielkim, ale byłam ciekawa, co się wydarzy. Mieliśmy w końcu swój wypracowany, bardzo dobry rytm i za nic na świecie nie chcieliśmy go zniszczyć. Od drugiego miesiąca życia Amelia przesypia całe noce, więc jesteśmy całkiem wesołymi i w miarę wyspanymi ludźmi. Złośliwi twierdzą, że jeszcze dostaniemy za swoje, jak przyjdzie ząbkowanie, ale mylić się (oby, oby) jest przecież rzeczą ludzką 😉 Abstrahując jednak od tego. Mieliśmy dobry, wręcz idealny rytm, więc sami rozumiecie, że nie chcieliśmy go zburzyć.

Jet lag zwany też zespołem nagłej zmiany strefy czasowej to taki cudowny stan, który jednym pomaga, innym szkodzi. Czasami działa bardzo pozytywnie, szczególnie wtedy, gdy jest ustawiony w dobrą stronę, bo na przykład daje czas na pracę, kiedy Polska jeszcze śpi. W Argentynie też tak jest. Spodziewaliśmy się, jak nasz organizm na niego zareaguje, bo mamy w tym pewne doświadczenie. Nie wiedzieliśmy natomiast, co na to wszystko Amelia.

Nasze dziecko odziedziczyło po nas umiejętność dostosowywania się do miejsc, w którym się znajduje bez większych problemów. Gdziekolwiek z nią byliśmy, w obcym miejscu, w innym łóżku, zawsze czuła się znakomicie i spała tak samo dobrze jak w domu. To było naprawdę fajne i nieproblematyczne.

Tym razem jednak mieliśmy zdecydowanie większe wyzwanie niż Polska czy Europa, ponieważ chodziło o zmianę strefy czasowej. Różnica między czasem w Warszawie a czasem w Buenos wynosi pięć godzin. W Polsce jest o te pięć godzin później. To wiedzieliśmy i z taką wiedzą zaczęliśmy wszystko planować. Czego bałam się najbardziej? –  Że aklimatyzacja długo potrwa albo, że rytm Amelii zmieni się na gorszy.

Co zrobiliśmy, żeby do tego nie dopuścić?

1. Ważne – naszym zdaniem – były godziny lotu. Wybraliśmy nocny lot, aby Amelia miała świadomość po przebudzeniu, że zaczął się nowy dzień. Z Warszawy do Amsterdamu wylatywaliśmy o 17.15, stamtąd do Buenos Aires o 21.15. Amelia normalnie chodzi spać o 20, więc czekała już grzecznie na swój moment, rozglądała się dookoła, trochę jakby nie rozumiejąc, czemu nie ma cyca ani łóżka, i gdy wystartowaliśmy od razu zasnęła. Przespała 10 godzin, czyli wstała o 7.30 naszego starego czasu, czyli o 2.30 czasu Buenos.

2. Nasza cudowna córka od razu po starcie zasnęła, ale myśleliśmy o tym, żeby w czasie lotu – tuż przed jej snem – jeżeli nie będzie chciała zasnąć, wykonać wszystkie rytuały, które będą jej przypominać o kończącym się dniu. Jak w domu. No może poza kąpielą 🙂

3. Gdy dolecieliśmy na miejsce była 6 czasu miejscowego. Od samego początku próbowaliśmy delikatnie przestawiać się na nowy czas. Zachowywaliśmy się tak, jakbyśmy rozpoczynali nowy dzień, czyli były drzemki i normalny cykl karmień. Już pierwszego dnia Amelia wytrzymała do 18 czasu miejscowego (mimo iż był to już 23 czasu polskiego, a normalnie chodzi spać o 20). Po pierwszej nocy wstaliśmy wszyscy o 5 rano (bo na polskim czasie była już 10). Kolejnego dnia już właściwie wszystko u Amelii przebiegło normalnym rytmem na nowym czasie, czyli zaśnięcie po 20 i pobudka po 7 rano. Tyle.

Nie ukrywam, że nie spodziewałam się, że to pójdzie to aż tak szybko. Liczyłam przynajmniej na tydzień walki, a tu tak, bez echa. Zero wyzwań.

Kto ma dzieci, niech się przyzna, czy też mu tak gładko poszło i jakie ma na to sposoby. W końcu czeka nas jeszcze lot powrotny 😉