Ten wpis oparty jest na faktach i nie ma nic wspólnego z podróżowaniem. Do napisania go skłoniły mnie osobiste doświadczenia, chęć podzielenia się nimi i – co ważniejsze – poznania innej perspektywy, bo wierzę, że taka musi istnieć.

Pracuję zawodowo od ponad 13 lat, z czego siedem ostatnich na etacie, a raczej na etatach, w różnych firmach. Nigdy nie pracowałam w miejscu, którego bym się wstydziła, nie wykonywałam pracy, do której wstydziłabym się przyznać, i nigdy nie robiłam tego tylko i wyłącznie dla pieniędzy, chodź nie potępiam ludzi, którzy tak robią. Od zawsze chciałam robić więcej, rozwijać się bardziej, nigdy nie robiłam tego dla kasy albo dlatego, że przecież trzeba pracować. Zawsze wybierałam pracę, która w danym momencie była dla mnie wyzwaniem, podnosiła moje kwalifikacje, uczyła nowych doświadczeń, którą lubiłam i pozostawałam w niej aż do momentu, kiedy udało mi się zrobić wszystko, co sobie zaplanowałam albo co mogłam zrobić.

Nigdy nie liczyłam na niczyją protekcję, a jeżeli byłam polecana, to tylko ze względu na moje doświadczenie, umiejętności czy inne kwestie merytoryczne.

Nigdy nie byłam i mam nadzieję nie będę nastawiona do życia roszczeniowo. Osobiście uważam, że nic nikomu na tym świecie się nie należy. Wszystko, co zdobyłam, osiągnęłam, czy z czego jestem dumna, zawdzięczam swojej czy naszej pracy (tu mam na myśli bloga) oraz w zdecydowanie mniejszym stopniu – wsparciu najbliższych. Wiem, że ludziom, którzy mają przeciwne nastawienie jest łatwiej, ponieważ z reguły w końcu dostają to, czego chcą, nie wykonując praktycznie żadnej pracy. Ja tak nie potrafię. Narcystyczne zadowolenie i bycie dumnym z siebie i tego, co zrobiłam sama, jest silniejsze od każdego prezentu czy miliona dolarów.

Cóż więcej o mnie…

Jestem matką. Dwa lata i osiem miesięcy temu urodziłam Amelię. Pracowałam w korporacji do ósmego miesiąca ciąży, zrekrutowałam osobę na swoje miejsce, dokończyłam wszystkie projekty, które mogłam dokończyć, przekazałam jej obecny status, pracując z nią dwa tygodnie, chodząc na spotkania, zapoznając z organizacją. Mój dyrektor, od momentu kiedy dowiedział się, że jestem w ciąży, podkreślał, że chciałby, abym pracowała jak najdłużej na warunkach takich, jakie będą dla mnie komfortowe. Rozumiał, że poranki są ciężkie i nie będę punktualnie o 9 w pracy, że mam różne badania, na które chodzę i czasami spóźniam się do pracy, oraz to, że nie powinnam siedzieć 8 godzin przed komputerem. Jako osoba zaangażowana, lubiąca swoją pracę i ludzi, z którymi współpracuję, mająca profesjonalne nastawienie do powierzonych mi zadań, trochę pracoholiczka, postępowałam tak i uważam, że takie podejście było słuszne. Tenże dyrektor zarekomendował mnie także do innego projektu w tej korporacji po moim powrocie z urlopu macierzyńskiego.

Pamiętam, jak osoby, które wówczas przyjmowały mnie do pracy, podkreślały, jak ważna jest uczciwość, transparentność i ludzkie podejście do życia, które dla mnie są najważniejsze w pracy. Cieszyłam się bardzo, że będę pracować z ludźmi, którzy mają podobne wartości. I faktycznie, nie odczuwałam większych problemów, gdy musiałam wziąć zwolnienie, bo Amelia zachorowała, wyjść wcześniej, bo Amelia miała przedstawienie, czy iść z nią do lekarza. Sama także nie byłam dłużna – właściwie zawsze byłam w pracy, w domu – na telefonie, w pracy dłużej, gdy trzeba było zostać, bądź na komputerze służbowym w domu, gdy faktycznie trzeba było coś zrobić. Nawet na urlopie zdarzało mi się pracować, gdyż uważałam, że będę w kontakcie, żeby nie obciążać innych osób swoimi obowiązkami, choć powinnam to robić, bo urlop to przecież urlop. Nawet, gdy w listopadzie 2015 miałam operację, pracowałam na komputerze w szpitalu, aby pomóc swojemu zespołowi. Podobnie, gdy po operacji miałam 2,5 tygodnia zwolnienia, to poprosiłam kolegę, żeby dostarczył mi komputer, abym mogła pracować. Teraz uważam, że było to trochę chore, ale wrodzone poczucie odpowiedzialności i tego, że nie chcę zawieźć, a chce pomóc, było silniejsze.

Schody zaczęły się, gdy mniej więcej po roku pracy w nowym miejscu poinformowałam, że jestem w ciąży. Zrobiłam to już w 6. tygodniu, ponieważ miałam ciąże zagrożoną i chciałam być uczciwa, nie wiedziałam jak będzie dalej. Deklarowałam jednak szybką chęć powrotu, tak szybko, jak to będzie możliwe, i pracę jak najdłużej mi zdrowie pozwoli, czyli min. do ósmego miesiąca.

Pierwszy trymestr minął, zdrowie moje się poprawiło, więc wróciłam do pracy. I właśnie wtedy okazało się, że w związku z tym, że pracujemy w projekcie, który się kończy i kończą się też nasze umowy, mamy rekrutację do struktur wewnętrznych i szanse na przedłużenie naszej współpracy z firmą. Ruszyła więc rekrutacja, a ja stwierdziłam, że wezmę w niej udział, ponieważ aplikuję na stanowiska, na które spełniam wszystkie wymagania, posiadam niezbędne umiejętności i mam określone doświadczenie. Po miesiącu stresu, spotkań rekrutacyjnych, czekania na wyniki, okazało się, że zostałam pozytywnie zrekrutowana na jedno ze stanowisk. Podczas ogłoszenia wyników dowiedziałam się, jaka jestem świetna, jaką to mam wiedzę branżową, którą powinnam się dzielić z innymi, jak komplementarne są moje umiejętności, ale też osobowość przy komponowaniu nowego zespołu. Byłam naprawdę zadowolona. Niestety miesiąc później, kiedy przyszło do podpisania nowej umowy, już tak nie było.

Moja stara umowa obowiązuje do końca 2016 r. Miałam dostać pełnoetatową, dłuższą, w nowym biurze. Dostałam jednak do podpisania umowę obowiązującą także do końca 2016 roku, do tego obniżającą mi wynagrodzenie. Gdy zapytałam, że to chyba pomyłka, dostałam odpowiedź, że faktycznie taka umowa jest chyba dla mnie bez sensu i dopiero teraz po wydrukowaniu widzą, że to bez sensu.

Super mieliśmy jasność, zapytałam zatem, gdzie obiecany dla mnie etat, który się zwalniał 1 września. Dostałam informację, że to nieaktualne, i że to, co jak zgodnie stwierdziłyśmy jest dla mnie bez sens, to jedyna oferta, którą mogę dostać i że to, co miało być, nie wydarzy się. To, co usłyszałam później, było jeszcze bardziej żenujące. Im bardziej naciskałam, dlaczego jest tak, choć umawialiśmy się na coś innego, tym ciekawsze informacje dostawałam.

Czego zatem dowiedziałam się o sobie:

  • Po pierwsze – powinnam się cieszyć, że w ciąży dostałam możliwość wystartowania w rekrutacji. Gdy powiedziałam, że dyskryminowanie pracownika w ciąży jest karane, temat się skończył.
  • Po drugie – jestem beznadziejnym pracownikiem, na którego nie można polegać, choć zawsze wychwalanym, zawsze kwartalnie ocenionym na ponad 100 proc., docenianym za zaangażowanie i kreatywność oraz informowanym, jak dobrze się ze mną współpracuje.
  • Po trzecie – nie ma dla mnie żadnej innej propozycji, bo jestem nieprzewidywalnym pracownikiem (w ciąży) i nie wiadomo, czy wrócę do pracy po pół roku urlopu macierzyńskiego czy może po roku. 
  • Poza tym dowiedziałam się, że mam nieodpowiednio postawę do pracy. Tu nie wiedziałam o co chodzi, więc dodałam tylko, że pewnie tak, bo u progu siódmego wówczas miesiąca gro ciężarnych odpoczywa już w domu, a nie myśli o tym, jak pracować, pomagać i zrealizować swoje obowiązki przed porodem.
  • I coś niby na pocieszenie, że przecież mogą mi przedłużyć umowę, gdy będę na urlopie macierzyńskim, ale na to trzeba sobie zapracować. Ciekawe, czy życie zna takie przypadki, bo ja nie.

Nie rozumiem jednego. – Dlaczego nie można było od razu powiedzieć, sorry, byli lepsi, nie udało ci się. Zrozumiałabym i pogodziłabym się, choć wiem, kto brał udział w tej wewnętrznej rekrutacji i startował na to stanowisko.

Po co w taki sposób podchodzić do ciężarnej, po co ją stresować? Po tych informacjach i niemiłej rozmowie miałam straszną noc, z bólami i skurczami, po której wylądowałam u lekarza, który od razu wysłał mnie na zwolnienie, kazał odciąć się od stresujących sytuacji i nie wracać do pracy, w której tak traktują ludzi, nie mówiąc o kobietach ciężarnych. A przecież wiadomo, że ciężarna wszystko bardziej przeżywa, analizuje, bierze do siebie, a nie może się tak stresować.

Najbardziej przykre jest dla mnie coś jeszcze innego. – Osoba, która obecnie decydowała o rekrutacji, była tą samą, która przyjmowała mnie do pracy ponad rok temu i podkreślała, jak ważne są transparentność, uczciwość i ludzkie wartości. Szkoda, że ludzie tak się mogą zmienić, żeby przestać szanować pewne wartości. I tym bardziej nie spodziewałabym się tego po kobiecie, która ma dzieci.

Wiem, że nie zawsze pracodawcy mają dobre doświadczenia z kobietami w ciąży, że jest mnóstwo takich, które jak tylko dowiedzą się, że są w ciąży, od razu idą na zwolnienie bez słowa tłumaczenia. Ja zawsze byłam fair i chciałam wspierać swój zespół i współpracowników jak najdłużej.

Co się zmieniło po tej całej rekrutacji? – W sprawach zawodowych – nic. Zostałam ze starą umową, którą miałam, gdy decydowałam się na zajście w ciążę. Finansowo jest ok. Nie mam gdzie wracać, ponieważ moja umowa do tej pory się skończy, ale z tym też się liczyłam przed zajściem w ciążę i nie mam z tym problemu. W sprawach społecznych – nie chodzi nawet o to, że się zawiodłam na ludziach, czy że było mi przykro, ale nie mogę pojąć, jaki był motyw postępowania tamtych osób. Poza tym straciłam 2,5 miesiąca życia na stres, przygotowania do rekrutacji, rozmowy i nerwy, aby na koniec dowiedzieć się, że jestem nieprzewidywalnym pracownikiem, bo jestem w ciąży.

Nie napisałam jednak tego tekstu, żeby się żalić. Nie napisałam go też po to, żeby poznać Wasze podobne sytuacje, choć oczywiście jeżeli macie ochotę napisać, to dla Was jest miejsce w komentarzach. Napisałam go po to, żeby poznać firmy i ludzi, którzy działają inaczej, takich, którzy dbają o kobiety w ciąży i młode matki. W końcu badania wskazują, że to najlepiej zorganizowani i przygotowani pracownicy. Dajcie znać koniecznie, jak to działa i czy działa.

Zapisz