Karmienie piersią w podróży, to najlepsze, co może się matce przytrafić i piszę to z pełną świadomością i naciskiem na słowo „matka”. Wówczas nie trzeba się martwić o nic – wszystko jest pod ręką, bezstresowo i szybko, co bardzo poprawia jakość podróżowania, relacje rodzinne i samopoczucie.

Ten tekst chciałam napisać już dawno temu, ale zawsze coś się nie składało. Temat karmienia piersią jest generalnie wszechobecny, każdy ma w tej sprawie coś do powiedzenia i nie zawsze tylko kobiety. Ten wpis jednak nie jest o samym karmieniu, bo, dzięki Bogu, nie mam bloga parentingowego, a moja historia karmienia piersią zawiera się w jednym zdaniu. – Karmiłam piersią od urodzenia Amelii do 12 miesiąca bez żadnych problemow i to ona zadecydowała o tym, jak zacząć i kiedy skończyć. – To tyle. Nie mam więcej do dodania w tej sprawie. 🙂

Karmienie piersią w podróży

Kontekst podróżniczy to jest jednak to, co mnie interesuje, i tu mam już więcej do napisania.

To, że mleko matki jest najlepsze dla dziecka, wszyscy wiemy. Ale warto podkreślić, że to też najwygodniejsze dla matki, szczególnie tej mobilnej. Ja wiem, że wyparzać butelki można wszędzie, ale jak sobie o tym myślę w kontekście podróży po Argentynie, to byłoby to bardzo męczące, czasochłonne i nie do końca… sterylne. Musielibyśmy zabierać ze sobą kilka termosów, aby przez cały dzień mieć jedzenie dla Amelii i wodę do dbania o czystość, bo były takie dni, że nie minęliśmy przez kilka godzin żadnych domostw, nie mówiąc o knajpach czy barach. Z jakością wody także różnie mogłoby być. W Argentynie nie ma wody dla dzieci. Pamiętam reakcję znajomych, gdy kiedyś o to spytałam i dowiedziałam się, że dzieci piją tę samą wodę co dorośli. Bo nie ma innej. Proste.

Ale przy zmianie klimatu, flory bakteryjnej u kilkumiesięcznego dziecka, poczucie stałości i znanego pokarmu jest bardzo ważne. Mleko mamy daje najlepszą ochronę z możliwych, co dla odporności Amelii było bezcenne. Przez cały pobyt w Argentynie nie zdarzył się jej żaden problem żołądkowy czy biegunka. Nie była też chora.

Nigdy nie miałam jakiejś obsesji na punkcie karmienia piersią, że muszę, że to obowiązkowe, ale pamiętam, że będąc w ciąży, myślałam sobie o karmieniu, i chciałam karmić choć przez trzy pierwsze miesiące. Gdy minęły trzy, stwierdziłam, że sześć byłoby dobrze. W końcu wyjechaliśmy do Argentyny, a tam na Rucie 40 nie wyobrażałam sobie wyparzania butelki. Tak więc karmiłam, i właśnie w momencie, kiedy wróciliśmy do Buenos Aires, Amelia powiedziała „dziękuję”. Śmiesznie się złożyło, ale po przejechaniu z nami 13 tys. km i dojechaniu do naszego tamtejszego domu, stwierdziła, że to koniec. Nie chciała już cyca. Odstawiła się samodzielnie. Wiem, że nie zawsze tak jest. Czasami koleżanki pytały mnie, jak to zrobiłam, ale ja nie musiałam nic robić. Tak wyszło.

Karmienie piersią nie raz uratowało mi życie, czy to w Polsce, gdy przedłużała nam się podróż pociągiem, czy w szczerym polu, gdy droga, którą wybraliśmy, była dłuższa niż planowaliśmy, czy w samolotach, gdy startowaliśmy i lądowaliśmy, a w tych momentach uszy dziecka są narażone na zapchanie, gdy w Prowansji było 38 stopni i Amelia ciągle chciała pić, a miała niecałe cztery miesiące, w końcu, gdy przejeżdżaliśmy argentyńską Rutę 40 i nie raz okazało się, że jest już późno i zbliża się pora kolacji. Najlepszy i najszybszy jest przecież cyc matki.

To śmieszne, że w ciąży uważałam, że karmienie piersią w miejscu publicznym nie jest nikomu potrzebne na widoku, bo w tym samym miejscu publicznym jest miejsce intymne, które zawsze można znaleźć. Gdy pojawiła się Amelia, bardzo szybko okazało się, że trzeba jej dać jeść zawsze, gdy tego oczekuje, i wszędzie gdzie są takie możliwości. Tak też działałam, a karmienie piersią pozwoliło mi zachować szybkość i refleks oraz zadowolenie mojego dziecka nie tylko w podróży :).

Zawsze mnie śmieszy, jak ktoś mówi, że z tym karmieniem butelką to ma taką wygodę, bo tylko myje, wyparza butelkę, przegotowuje wodę, chłodzi ją do 40 stopni, czeka aż to się stanie, a dziecko w tym czasie ryczy i ryczy, w końcu dodaje proszek, wstrząsa i musi uważać, żeby dobrze zakręcić i zamknąć butelkę, żeby ta misternie przygotowana mikstura nie znalazła się na zewnątrz. Potem jeszcze musi podać dziecku do zjedzenia, a po tym wykonać dokładnie te same czynności. A matka karmiąca? – Nic, wyjmuje po prostu pierś. I tyle.