Kiedy rozpocząłeś podróże składające się przede wszystkim z trekkingów? Czy wcześniej podróżowałeś inaczej?

Byłem osobą, która swoje podróże zaczęła dosyć późno, bo w czasach liceum, kiedy zainspirowany książkami Arkadego Fiedlera, a potem Kingi Choszcz uznałem, że podróże to jest to, co będzie moją pasją, ale nie było to związane z górami. Pierwsze wycieczki górskie to były wycieczki, na które nie zaprowadzili mnie niestety rodzice, nie jest to coś, co wyniosłem z domu, natomiast zawsze byłem dzieciakiem, którego ciężko było do tego domu zagonić. Innymi słowy na podwórku potrafiłem spędzać długie godziny i tam czułem się bardzo dobrze. To było dla mnie takie poczucie wolności. I myślę, że to podwórko to było takie moje przedszkole odczuwania wolności, którą potem odnalazłem w górach. Taki naturalnie następujący po sobie proces.

Przebywaniem na świeżym powietrzu zaraziłem się jako niewielki chłopiec, natomiast swoją przygodę z górami rozpocząłem w latach licealnych, czyli już dobre 10 lat temu, i góry wciągnęły mnie na tyle skutecznie, że pochłonęły całe ostatnie 10 lat mojego życia.

Natomiast podróże stricte tak, jak je rozumiemy, to były podróże autostopowe w moim przypadku jako pierwsze. Potem poznałem swoją żonę, a poznałem ją na kursie przewodników górskich, więc już wtedy było coś na rzeczy, że w tych górach się odnaleźliśmy i ja też tam byłem. Moja żona Aga pokazała mi, że rower jest fantastycznym sposobem na poznawanie świata, więc to była taka trochę ewolucja z autostopu na rower, ale jednocześnie góry zawsze były uzupełnieniem i autostopu i roweru. Z tego też powodu ta najdłuższa dotychczasowa podróż do Ameryki Południowej, która trwała półtora roku, a potem przeciągnęła się o jeszcze pół roku w Australii, to była podróż rowerowo-górska. Myślę, że właśnie tę podróż należy datować jako taką pierwszą świadomą podróż górską, trekking, bo to właśnie wtedy między innymi powstał pomysł na napisanie książki TREK, w Kolumbii, w górach Sierra Nevada del Cocuy.

Czyli rozumiem, że to wtedy rozpoczęła się Twoja fascynacja trekkingami?

Ta fascynacja była wtedy przeze mnie rozniecona do tego stopnia, który trwa do teraz, więc myślę, że możemy z dużą dozą prawdopodobieństwa stwierdzić, że to właśnie wtedy to się zaczęło na poważnie, tak, że wtedy uznałem, że chcę, by góry były nie tylko moją pasją, ale też pracą.

Która z tych Twoich dotychczasowych wędrówek była najbardziej wymagająca i dlaczego?

Każda wyprawa była inna, co nie jest odkrywczym stwierdzeniem, każda dostarczyła mi nowych emocji i doświadczeń, bo jeśli co nieco wiecie o moich doświadczeniach, to pewnie zwróciliście uwagę na to, że ja robiłem wyprawy bardzo różne od siebie: jeździłem rowerem, chodziłem po górach, chodziłem na rakietach śnieżnych, ciągnąłem bulki, chodziłem po zamarzniętych rzekach. Chyba tylko wyprawy wodnej nie mam za sobą, ale to wynika z tego, że nie potrafię pływać, więc wiem, że jeśli przyjdzie mi do głowy taka podróż, to się pływać nauczę.

Myślę, że mogę powiedzieć o tym, że druga wyprawa, czyli ta przez Canning Stock Route na rowerze, była wyprawą najtrudniejszą fizycznie, psychicznie i emocjonalnie w moim życiu. Było tak dlatego, że Canning jest drogą uchodzącą za jedną z najtrudniejszych, o ile nie najtrudniejszą wytyczoną na ziemi, w związku z czym, aby ją pokonać, należy mieć w sobie duże pokłady siły fizycznej, olbrzymi hart ducha, ale przede wszystkim mocną głowę. Kiedy do pokonania mamy 2 tys. km pozbawionych w zasadzie żadnych oznak cywilizacji poza jedną aborygeńską osadą, to musimy tę drogę pokonać najpierw w swojej głowie, a potem dać z siebie wszystko pod kątem fizycznym, musimy podołać fizycznie trudom tej wyprawy. Natomiast to była ta podróż, która łączyła wszystkie te elementy i wszystkie były szalenie wymagające. To, że udało się ją zakończyć sukcesem – cokolwiek oznacza słowo sukces – to była synteza szczęścia, przygotowania i doświadczenia.

Rozumiem. A gdzie i kiedy planujesz następną wyprawę, następny trekking? Czy mógłbyś o tym nam coś więcej powiedzieć?

Nie planuję obecnie trekkingów górskich, natomiast w sierpniu wyruszam do Mongolii, aby podjąć próbę samotnego przejścia bez wsparcia z zewnątrz, co oznacza, że nie będzie mi towarzyszył żaden samochód ani żadne ułatwienie. Będzie to przejście największej pustyni Azji i drugiej największej po Saharze pustyni na świecie – Gobi. Natomiast oprócz przejścia samej pustyni Gobi chcę jeszcze przejść jeszcze góry Ałtaj, tym samym dokonując trawersu Mongolii.

Wyprawa prawdopodobnie zajmie mi, według wstępnych szacunków, około 80 dni. Niezależnie od tego, co się wydarzy, już dziś wiem, że będzie najtrudniejszą, której się podejmę, także poprzednie pytanie stanie się nieaktualne, a w zasadzie odpowiedź na nie.

Tak, jak już mówiłeś, za każdym razem wyznaczasz sobie coraz trudniejsze cele.

Podchodzę do tego z dużą dozą rozsądku i zachowaniem wszelkich standardów bezpieczeństwa, na które mam wpływ podczas swoich wypraw, bo nikt nie lubi się wpakować w tarapaty w związku ze swoją głupotą i lekkomyślnością albo brawurą. Więc każda kolejna wyprawa to jest wynik doświadczeń, które zdobyłem na poprzednich. Mogę Ci powiedzieć coś, co zabrzmi dosyć… nieprawdopodobnie, ale ja ruszyłem na pustynię po raz pierwszy, ruszyłem na Canning Stock Route, dlatego, że jednym z największych strachów, które odczuwałem podczas wypraw to strach, że kończy mi się woda. Tak, jak ludzie boją się pająków, ciasnych przestrzeni, spotkań z ludźmi czy zwierzętami, tak moją największą obawą zawsze było radzenie sobie z gospodarką wodną. Zawsze miałem tej wody dużo więcej, niż potrzebowałem i uznałem, że jeśli chcę sobie z tym poradzić, to muszę postawić wszystko na jedną kartę. Wyruszyłem na pustynię, żeby pokonać te potwory, demony i ten strach w sobie.

Czy to się udało?

Na Canning Stock Route tak.Ale czy się uda w Mongolii? Nie wiem, czas pokaże.

Jaką radę dałbyś osobom, które dopiero rozpoczynają swoją przygodę z wędrówkami, z trekkingiem?

Nie czuję się osobą, która ma predyspozycje do dawania rad innym. Po tylu latach podróżowania wiem, że każdy przeżywa podróż inaczej i to, co dla jednych będzie radą dobrą, dla innych będzie wpakowaniem na minę, więc zazwyczaj unikam udzielania konkretnych rad. Zaznaczyłem nawet w swojej książce TREK, która – o zgrozo – jest poradnikiem praktycznym, w samym wstępie tej książki, że każdy czytelnik powinien potraktować tą książkę jako rodzaj wskazówki, a nie konkretnej rady, która sprawdzi się w każdym przypadku i powinien uzależnić to, co w niej przeczyta od tego, jakim jest człowiekiem i co planuje.

Myślę, że to, co sprawdziło się w moim przypadku, sprawdzi się też w przypadku innych ludzi. Mianowicie zdobywanie doświadczenia małymi krokami, nie rzucanie się na głęboką wodę. Dzięki temu oszczędzimy sobie wielu rozczarowań, jeśli nie rzeczy dużo bardziej dotkliwych, na przykład utraty zdrowia. Ale przede wszystkim chodzi mi o zapał i o to, żebyśmy postępowali z górami i w ogóle z podróżami w sposób konsekwentny, ale jednak stopniowali sobie trudności. Myślę, że to może być taka uniwersalna rada, którą każdy może zastosować w swoich wyprawach.