No i stało się. Zapakowaliśmy Amelię do fotelika samochodowego, w którym miała przesiedzieć cztery godziny. Wyzwanie? – A i owszem, tym bardziej, że jej kręgosłup nie miał wcześniej żadnego mocniejszego treningu. Być może zabrzmi to jak herezja jakaś, ale znów przekonaliśmy się, że zdecydowanie lepiej nam w pociągu niż w samochodzie.

Na samym początku zaznaczę, że nie jesteśmy zmotoryzowani. Nie mamy samochodu, choć już kilka razy byliśmy o krok od jego kupienia. Pod koniec zeszłego roku byliśmy nawet pewni, że kupimy go wraz z przyjściem na świat Amelii, ale szybko okazało się, że nie jest nam tak naprawdę potrzebny. Gdy byłam jeszcze  w ciąży, znajomi dopytywali o ten nasz przyszły samochód, i ci, co mają dzieci, straszyli, że bez samochodu sobie nie poradzimy. Czemu? – Bo małe dziecko często choruje i trzeba je zawieźć do lekarza, bo są szczepienia, bo ma wizyty u neurologa, fizjoterapeuty, ortopedy, alergologa i Bóg raczy wiedzieć, jakich jeszcze specjalistów 🙂 Byliśmy jednak twardzi, nie ulegliśmy lobby prosamochodowemu i na własnej skórze mogliśmy sprawdzić, jak to z dzieckiem i bez samochodu jest.

Początki jak zwykle nie były łatwe. Amelia urodziła się pod koniec stycznia, więc w pierwszej połowie lutego zaczęłyśmy wychodzić z domu. Wtedy oczywiście rozpoczęły się wszystkie profilaktyczne wizyty u lekarzy. – Pediatra, audiolog, ortopeda, ale też wizyta w urzędzie, nadanie numeru PESEL, potem przyszły szczepienia. Nie mówiąc już o moich badaniach, czy lekarzach, do których zabierałam Małą ze sobą. To wszystko wymagało od nas mobilności.

Oczywiście, że przed każdą tego typu „wyprawą” na początku były chwile niepewności i zastanawianie się, jak Ona zareaguje. Pamiętam nasze pierwsze wejście to tramwaju, autobusu, metra czy pociągu. Zawsze była delikatna adrenalinka, ale szybko okazywało się, że nie ma się czego bać, bo taka wyprawa jest dla naszej Amelii kolejną przygodą i jest zdecydowanie bardziej zaciekawiona niż zniecierpliwiona takim stanem rzeczy.

Jak w to wszystko wpisuje się samochód? – Do tej pory jeździliśmy nim kilkakrotnie, ale pokonywaliśmy krótkie dystanse i spędzaliśmy w nim maks godzinę, co praktycznie nie stanowiło żadnego problemu. Sytuacja zrobiła się trochę poważniejsza, gdy wyruszyliśmy na Wielkanoc do Poznania. Mieliśmy do przejechania trasę ok. 3-4 godzinną. (Dla tych, co jadą bez dziecka, pewnie o wiele krótszą). Amelia miała wtedy niecałe trzy miesiące, więc przesiadywanie tyle czasu w foteliku samochodowym mogło nie być dla niej najcudowniejszą rzeczą na świecie. Znajomi, którzy mają dzieciaki pocieszali, że maluchy uwielbiają samochody i najczęściej w nich zasypiają. Pamiętałam też historię koleżanki – gdy chcieli, aby ich syn zasnął, schodzili do samochodu, ruszali i potem wyjmowali już śpiące dziecko 🙂 My nigdy nie mieliśmy takich problemów, więc nie potrzebowaliśmy silić się na taką kreatywność. Zastanawiałam się jednak, czy Amelia da radę wytrzymać w takim skrępowaniu przez kilka godzin. Ma dużo energii, uwielbia kopać, ruszać się, a tu taka przymusowa pozycja z pasami…

I to jest właśnie jeden z głównych problemów, jakie mam z samochodami.  W pociągu mogę robić wszystko – trzymać dziecko w gondoli, wziąć na kolana, karmić, pochodzić z nim. Jeżeli którąś z tych czynności chciałabym wykonać w jadącym samochodzie, byłaby ona albo niemożliwa, albo nielegalna.

Przewożenie dziecka samochodem w gondoli jest niedozwolone, no i do tego… niebezpiecznie. Ile razy to zrobiliście? – Ja kilka, moi znajomi, którzy mają małe dzieci, także. I to wiele razy. A co z tymi, którzy jadą samochodem i trzymają malucha na kolanach, albo karmią, bo nie chce się uspokoić? Nie wezmą przecież na ręce i nie pospacerują, bo się nie da. Chyba, że się zatrzymają. Ale każde zatrzymanie to strata czasu. Poza tym, ile razy można się zatrzymywać i co dziesięć minut?

Trzy razy ścigaliśmy się ze znajomymi w podróży. Za każdym razem oni samochodem, a my pociągiem. Oni mieli przygody, a my sprawny i szybki dojazd. Im dłużej podróżujemy w trójkę, tym bardziej stwierdzamy, że podróżowanie pociągiem, mimo paru ograniczeń, daje nam jednak więcej wolności i staje się naszym ulubionym pomysłem na przemieszczanie się. W przedziale dla rodziców z dzieckiem można zrobić dużo, praktycznie beż żadnych ograniczeń. Bilety rodzinne są tanie, jesteśmy wolni, możemy robić z dzieckiem praktycznie wszystko – spokojnie nakarmić, przewinąć, pobawić się, wziąć na ręce itp. Za co jeszcze kochamy podróżowanie pociągiem, pisałam tutaj.

Oczywiście, jesteśmy realistami i widzimy też kilka minusów. Pierwszy – to dojazd na czas. Do samochodu można zapakować się o dowolnej godzinie, pociąg raczej na nas nie poczeka. No i druga opcja – pakowanie do pociągu. Zawsze mamy ze sobą plecaki, wózek, walizkę z dronem, torbę z kaczuszkami Amelki, których nie da się inaczej przewozić niż w ręku (Ona je uwielbia, więc wszędzie jeżdżą z nami), czasami mały plecak z jedzeniem i torbę wózkową, zdarza się też fotelik samochodowy. I z tym wszystkim musimy wsiąść do pociągu. Mamy już opracowany pewien sposób, do tego konduktorzy zazwyczaj chcą nam pomóc, ale i tak jest stres. Potem kolejny, przy wyjściu, a reszta to już sama przyjemność.

Ja wiem, że samochodem można dojechać, gdzie się chce, a tory jednak nie wszędzie leżą. Nie ma jednak problemu, żeby w pewne miejsce dojechać pociągiem, a potem pożyczyć czy wypożyczyć samochód.

No dobra, ale co o tym wszystkim sądzi Amelia? – Oczywiście wytrzymała cztery godziny w foteliku samochodowym. Spała z godzinę, a resztę czasu spędziła na podziwianiu tego, co za oknem i na zabawie ze mną. W tym czasie zrobiliśmy też jeden postój na karmienie. Generalnie dała radę, ale bardzo chciała się uwolnić, pasy wyjątkowo ją wkurzały i blokowały, a mi po kilku godzinach zabrakło już nowych przedmiotów do zabawy 🙂

Czy kiedykolwiek odczułam, że potrzebny nam samochód? – Tak, przy wyjściu ze szpitala tuż po porodzie, gdy było –12 stopni i padał śnieg. Więcej sytuacji nie pamiętam.