Jak przygotować się do argentyńskiej podróży, co kupić, czym się przemieszczać, a potem – gdzie spać, co jeść i jak robić to najtaniej – zebraliśmy praktyczne informacje, aby ułatwić Wam przygotowania i życie. Bierzcie i korzystajcie.

W każdym tygodniu dostajemy od Was pytania na temat Argentyny. Cieszymy się, że tak dużo osób chce tam jechać. Super! Argentyna to jednak drogi kraj i musicie wiedzieć o tym już na samym początku. Jeżeli wymieniacie dolary amerykańskie, po kursie nieoficjalnym, czyli korzystniejszym, to za jedzenie płacicie mniej więcej jak w Polsce. Droższe są usługi, a najdroższa jest technologia. Po kolei jednak.

W czasie naszego drugiego tygodnia pobytu w Buenos Aires wymyśliliśmy sobie, że chcemy przejechać Rutę 40. Zabraliśmy się zatem do działania.

Zakupy
Namiot, śpiwory, latarki, grzałkę z wtyczką USB, karimaty, kanister na benzynę, kuchenkę gazową, gaz, jedzenie dla siebie i Amelii – te wszystkie praktyczne rzeczy kupiliśmy w Salcie, z której startowaliśmy w kierunku Ruty 40. Większość rzeczy nabyliśmy w porównywalnych cenach jak w Polsce, poza 10-litrowym plastikowym kanisterkiem na benzynę, który kosztował 200 zł, czyli jakieś 5 razy więcej niż w naszym kraju. Warto podkreślić, że znacznie taniej jest supermarketach. Na przykład Easy to taki duży sklep budowlany, który ma sekcje kempingowe i można w nim sporo sprzętu kupić znacznie taniej, choć jakościowo też (niestety) czuć różnicę. My część rzeczy kupiliśmy właśnie tam, a część w sklepie, który nazwalibyśmy w Polsce „sklepem podróżnika”. Ceny w tym drugim były katastrofalne. Nawet po kursie nieoficjalnym wszystko było 2-3 razy droższe niż w Polsce.

Z innych przydatnych rzeczy – zawsze mieliśmy ze sobą jedzenie (obiady) dla Amelii i coś małego dla nas (puszki, pieczywo, płatki). Jeżeli znajdziecie na rucie jakikolwiek sklep, to od razu kupujcie w nim wszystko, co chcecie, bo może się okazać, że kolejny jest za kilkaset kilometrów albo jest zamknięty, albo niczego w nim nie ma.

Transport

  • autostop – gdy postanowiliśmy, że chcemy przejechać Rutę 40 przez Argentynę i Chile, wiedzieliśmy, że autostopem nie damy rady, no bo za dużo rzeczy mamy ze sobą. Nasze – to jeszcze nie problem, ale Amelii -to dopiero poezja. Poza tym nie mieliśmy tyle czasu, aby ryzykować, że będziemy gdzieś czekać, dopóki ktoś się nad nami zlituje i nas zabierze. Spotykaliśmy za to autostopowiczów po drodze, szczególnie w Patagonii, i nikt nie mówił, że to niebezpieczne czy nieosiągalne. Są oczywiście długie odcinki Ruty 40, gdzie ruch jest znikomy, więc warto złapać stopa wcześniej np. w okolicach Mendozy czy przy granice z Chile,
  • rower – to też nie wchodziło w grę, bo patrz wyżej (bagaże, bagaże, bagaże), no i z wtedy z 9-miesięczną Amelią podczas 40 stopniowego upału, czy zimna i wiatrów. No nie… Za każdym razem podziwialiśmy ludzi, którzy pokonują drogę rowerem. To jest wielkie wyzwanie – szczególnie kondycyjne,
  • motocykl – patrz wyżej, tylko już taka kondycja nie jest potrzebna. Wielokrotnie mijaliśmy grupy motocyklistów, którzy jechali na koniec świata. Mili ludzie,
  • pociąg – wiedzieliśmy, że chcemy dotrzeć wszędzie, gdzie nas oczy poniosą, więc pociągi odpadały, bo sieć torów w Argentynie jest bardzo uboga i jeżdżą one dwa, trzy razy na tydzień. Warto jednak zaznaczyć, że podróż koleją jest tańsza niż na przykład autobusem. Kiedyś Argentyna wyróżniała się świetnie rozbudowaną siecią kolejową. Obecnie z dworca Plaza Constitución w Buenos Aires można dojechać m.in. do Mar de Plata, Daireaux, Bahia Blanca, a z dworca Retiro (też w BA) do Mendozy, Tucuman, Alberdi i Cordoby Rosario. Najpopularniejsi przewoźnicy to: Ferrobaires i Satélite Ferroviario.

Choć z klasycznymi połączeniami kolejowymi nie jest w Argentynie znakomicie, to znajdziecie tam mnóstwo tras turystycznych. Najpopularniejsze to:

– Tren a las Nubes, czyli „Pociąg do chmur”, którego stacja początkowa jest w Salcie na wysokości 1187 m.n.p.m., a końcowa – na wiadukcie La Polvorilla (który jest arcydziełem!) na wysokości 4200 m.n.p.m. Trasa pociągu ma 217 km, ale przejechanie jej zajmuje 16 godzin! Warto jednak to zrobić – my z punktu widzenia samochodu powiemy Wam, że zazdrościliśmy tym, który jadą pociągiem, bo widzieli jeszcze więcej – 29 mostów, 21 tuneli, 13 wiaduktów oraz zaglądali w przepaść i mieli widoki zapierające dech w piersiach,

– pociąg La Trochita, zwany także „Starym Ekspresem Patagońskim”. Podróż nim też ma na pewno swoisty klimat, ponieważ pasażerowie siedzą w wagonach „retro” ciągniętych przez lokomotywę parową. Pociąg kursuje na trasach: Esquel – Nahuel Pan oraz El Maitén – Desvío Thomae. Choć trasa nie jest długa, to jednak opowieści osób, które nim jechały, są bardzo pozytywne. Rozkład jazdy oraz ceny dostępne są tutaj,

– Tren del Fin del Mundo, czyli „Pociąg na koniec świata” kursuje nieopodal miasta Ushuaia – najdalej na południe wysuniętego miasta świata. Choć nazwa jest dumna i brzmi znakomicie, to tak naprawdę do przejechania jest krótki odcinek drogi ze stacji Fin del Mundo do stacji Park Narodowy. Po drodze można zobaczyć odbudowany obóz Indian Yamana, którzy zamieszkiwali te tereny, torfowisko oraz las podantarktyczny,

  • autobus to najpopularniejszy i chyba najlepiej rozwinięty środek komunikacji w Argentynie (nie uwzględniając samochodu). Dociera w  niemal w każdy zakątek kraju, do wyboru jest wiele linii i klas. Generalnie warto podkreślić, że podróż autobusem jest wygodna, bo siedzenia są rozkładane w taki sposób, że spokojnie można się wyspać. Ceny nie są niestety niskie. Można przyjąć, że koszt przejechania jednej godziny to ok. 6-7 dolarów amerykańskich. Strony internetowe przewoźników: Teba SA, Omnilineas,
  • prom albo statek – w wielu parkach można skorzystać z tego transportu wodnego, aby poruszać się po ogromnych jeziorach – szczególnie w Patagonii. Tutaj uwaga – jest zasadnicza różnica między sezonem turystycznym a jego brakiem. W Parku Los Alerces nie dopłynęliśmy do starych drzew właśnie z tej prostej przyczyny – kolejna łódź była za 6 dni, a „w sezonie” odpływają codziennie. Z kolei do lodowców w El Calafate pływa kilku operatorów, ale ceny są zoptymalizowane na totalny wyzysk i wahają się od 600 do 2000 ARS w zależności od pakietu. Przeliczcie to po oficjalnym kursie i spróbujcie nie dostać zawału. Oprócz tego, udając się do Ziemi Ognistej, trzeba będzie skorzystać z promu, ale w Chile. Po przekroczeniu granicy mamy do wyboru dwa – krótszy, 20 minutowy, albo położony dalej, bo w Punta Arenas, który zajmuje około dwóch godzin,
  • samolot – Argentyna jest ogromnym krajem, dlatego, żeby gdzieś wybrać się na weekend i nie stracić na dojazd i powrót… całego weekendu mieszkańcy decydują się na loty. Tym bardziej, jest to dla nich korzystna opcja, ponieważ rząd dopłaca im do biletów. Dla cudzoziemców z kolei, jeżeli zaczniemy sprawdzać oferty nie na ostatnią chwilę, też może się okazać, że jest taniej niż na przykład autobusem. Adresy dwóch argentyńskich przewoźników: Aerolineas ArgentinasLAN Argentina Airlines.

Uwaga! W Internecie znajdziecie informacje o tym, że niektóre serwisy umożliwiają rezerwacje biletów po cenach dostępnych dla Argentyńczyków. Faktycznie, raz udało nam się tak zrobić rezerwację, ale poproszono o przesłanie skanu paszportów, po czym odrzucono nasze bilety. Są jednak ponoć sztuczki, które umożliwiają przeprowadzenie takiej transakcji, niemniej na końcu – na lotnisku – trzeba liczyć na dobry humor pracowników obsługi, którzy mogą puścić to płazem lub poprosić o wyrównanie.

Bardzo ważna informacja dotyczy bagażu – a dokładniej nadbagażu. – Na loty międzynarodowe obowiązują nas standardowe, duże dopłaty, ale w lotach po Argentynie za nadbagaż płacimy per kilogram od 40 kilogramów w górę. Od 20 do 40 są to stałe opłaty wynoszące ok. 300 ARS – czyli 130 złotych po oficjalnym, a 40 po nieoficjalnym kursie.

  • samochód – gdy już zdecydowaliśmy, że będziemy przemierzać Argentynę samochodem, spróbowaliśmy go wypożyczyć. Zdecydowanie polecamy Localiza i agencję Say Hueque z Buenos Aires, która pomogła nam wynegocjować bardzo dobre warunki. Choć trzeba przyznać, że musieliśmy ostro napierać i negocjować z trzy tygodnie. Znacznie bardziej – jeśli macie czas i możliwość – opłaca się wynająć samochód w Urugwaju lub Chile i przekroczyć nim granicę. Agenci międzynarodowych sieci z reguły robią wielkie oczy na wynajem dłuższy niż tydzień. Upewnijcie się, że macie też wydane specjalne dokumenty zezwalające na przekroczenie granicy samochodem. Po wszystkich zniżkach na dwa miesiące za samochód wydaliśmy około 7000 złotych i co istotne – po nieoficjalnym kursie. Po oficjalnej wymianie byłoby to ponad 13… Do tej kwoty należy dodać 2600 złotych depozytu (blokowanego na karcie kredytowej), który w całości został nam oddany po zwróceniu samochodu. Zastanawialiśmy się oczywiście także nad kupnem samochodu, ale na tak „krótki czas” procedura była zbyt skomplikowana dla obcokrajowców.

Benzyna
W naszym budżecie była to najbardziej niedoszacowana pozycja. We wstępnych obliczeniach wyszło nam, że powinniśmy tankować średnio co 3 dni. W rzeczywistości okazało się, że musieliśmy to robić co dwa dni, do tego przedłużyliśmy naszą podróż o dodatkowe 15 dni, no i zamiast zakładanych 10000 km przejechaliśmy 13000 km. Średnia cena wynosiła ok. 12 ARS za litr, czyli ok. 600 ARS za bak, ale w całym kraju była zróżnicowana w zależności od prowincji. Najmniej płaciliśmy za nią przy granicy z Chile.

Uwaga praktyczna – tankujcie zawsze, kiedy macie mniej niż połowę benzyny, bo nie wiadomo, kiedy będzie następna stacja. Nam zdarzył się dwa razy, że paliwa nie było w cały mieście. Raz była awaria w okolicy, a za drugim razem – po prostu benzyna się skończyła.

Dokumenty przy przekraczaniu granicy samochodem
Dwukrotnie zawrócono nas z granicy z Chile. Po raz pierwszy – za całkowity brak dokumentów, choć zgłaszaliśmy taką chęć przy wynajmie, to po prostu agent… zapomniał. Następnego dnia dostaliśmy mailem specjalny formularz do wydruku i wszystko przebiegło sprawnie. Po raz drugi jednak – te same dokumenty straciły ważność, bo maksymalny czas trwania kontraktu to 30 dni i de facto mieliśmy dwie umowy – do końca miesiąca i od początku nowego. Operator, wystawiając dokumenty w pośpiechu, wygenerował je do końca miesiąca, nie zauważając, że trwa nowa umowa. Tutaj byliśmy dość źli i postanowiliśmy zaryzykować. Mając starego PDFa bez pieczątek i podpisów, poprosiliśmy kolegę, żeby podmienił daty w PDFie i.. godzinę później z małymi nerwami patrzyliśmy na Panią, która nas kontrolowała na cle w drodze do Chile. Przejechaliśmy jednak granicę normalnie.

Język
Bez znajomości języka hiszpańskiego może być Wam trudno, bo nawet w większych miastach ludzie nie mówią bądź nie chcą mówić po angielsku. To, że nie chcą, nie wynika z ich złośliwości, tylko obaw, że nie podołają, ponieważ nawet jeżeli kiedykolwiek mówili coś w tym języku, to z powodu braku praktyki po prostu zapomnieli. Tak więc hiszpański i tylko hiszpański.

Noclegi
Nigdy nie mieliśmy zaplanowanego noclegu dalej niż na dzień wcześniej, a w większości przypadków po prostu zajeżdżaliśmy i szukaliśmy szybko spania. Standard podobny – jedyny wyznacznik to cena, najlepiej jak najniższa. Tę można uzyskać, udając się – jeśli jest taka możliwość – do lokalnego punktu Informacji Turystycznej i nagle okazuje się, że Booking i inne takie serwisy można odpuścić poza dużymi miastami albo kurorcikami. Większość bazy jest nieaktualna i znajdziemy tylko część dostępnych miejsc. To jakaś poszlaka, ale znacznie lepiej wejść na przykład na tę stronę – tam są listy fajnych noclegowni. Polecamy też zakupić papierową mapę Automobilklubu argentyńskiego, który zawiera dobrą listę różnych małych miejsc.

Jedzenie
Nasz dzień najczęściej wyglądał tak, że jedliśmy typowo argentyńskie śniadanie, czyli rogaliki (medialunas) z dżemem, masłem i dulce de leche, czyli argentyńskim karmelem. Do tego kawka i właściwie tyle. Gdy wyjeżdżaliśmy nieco później, kupowaliśmy od razu epanady (pierożki, najczęściej z mięsem lub szynką i serem), które mogliśmy zjeść w porze obiadowej, bo nigdy nie było wiadomo, co na trasie na nas czeka. Gdy się nie udawało, to kupowaliśmy jedzenie tam, gdzie była okazja. Najczęściej były to właśnie empanady lub lomito (bułka z bardzo delikatnym mięsem, sałatą, serem, pomidorem i obowiązkowym plastrem szynki), czasem były hamburgery, które nie smakowały najgorzej oraz choripany (bułka z kiełbasą). Trzeba pamiętać, że Argentyna to kraj sjesty, więc kuchnie są zamknięte do godz. 17-19, a zamykane w godzinach, kiedy jesteśmy najbardziej głodni. Oczywiście zostają tak zwane bary szybkiej obsługi, z jedzeniem wymienionym przez nas powyżej. Ciężkie to na dłuższą metę niestety, więc docenialiśmy te chwile, kiedy mieliśmy możliwość gotować i jeść stacjonarnie.

Wstępy do parków narodowych
Dla mnie najbardziej ciekawe było to, że nie do wszystkich parków się płaci, szczególnie te przy El Chalten mnie zaskoczyły, bo liczba osób, która tam przyjeżdżała na trekkingi była oszałamiająca, a mimo tego nie trzeba było płacić. Najwięcej kosztowały oczywiście wejściówki do parków przy lodowcach w okolicy El Calafate – 200 ARS od osoby.

Internet
W kawiarniach dostępny rzadko i to tylko w miastach. Za to jest sporo kafejek internetowych, gdzie można sprawdzić pocztę i wydrukować coś na starych komputerach. W hotelach i hostelach z reguły dostępny jednak upload i download nie biją niczego na głowę. Zasięg komórkowy – powiedzmy, że w rejonach miast i miasteczek jest on wystarczający do przeglądania Facebooka. Więcej o połączeniach napisze Kuba w swoim wpisie.

I na koniec trochę cen podstawowych:
jedna empanada – od 8 do 14 ARS, przeważnie 10
hamburger – 30-50 ARS
lomito – 30-50 ARS
choripan – 20-35 ARS
butelka wody 1,5l – 8 ARS
bife de chorizo od 80 do 200 ARS
piwo Quilmes 0,5l – 12 ARS
hostel – od 200 do 600 ARS
hotel – od 400 do 600 ARS

Reasumując – ile byśmy nie wydali, to i tak uważamy, że to była nasza niesamowita podróż i kasa nie ma tu znaczenia, bo to, co zobaczyliśmy, doświadczyliśmy i z czym wróciliśmy jest po prostu bezcenne.

Gdybyście mieli jeszcze jakieś pytania, to śmiało piszcie w komentarzach. Trudno wyczerpać ten temat w 100 procentach.

A praktyczne informacje na temat podróży z dzieckiem znajdziecie w tym wpisie.

Życzymy udanej wyprawy 🙂