Do Santiago dotarliśmy po nocy w autobusie. Wydawało się w pewnym momencie, że jedziemy już parę dni. Klima wprowadziła klimat niemalże arktyczny i nie dało się spać, choć w autobusie spędziliśmy kilkanaście godzin, aby dojechać do Santiago – położonego niemalże na samym skrawku wyspy. Jednak z całej Kuby te rejony wspominamy najmilej.

Już od pierwszych chwil twarze mamy uśmiechnięte. Jest poranek
rześkie powietrze i powoli szukamy naszej casy.
Po wyjściu z dworca wita nas spory "billboard"
który dokładnie przypomina
gdzie jesteśmy.
Obok niego mamy pomnik rewolucji
która rozpoczęła się właśnie w okolicach Santiago.
Głodni
kusimy się na dość drogiego hamburgera.
Leniwy poranek udziela się też pracownikom administracji państwowej :)
Tu już docieramy do bodajże głównego placu z głównym kościołem
cykająć główne zdjęcie
A na ulicy Santiago...
Schody Padre Pico
z których rozpościera się panorama Santiago.
Padre Pico
Patrząc na tego Pana
również mamy ochotę na poranne cygaro. To dobry zwyczaj.
To jedna z głównych ulic - Calle Heredia.
Ruch na ulicach jest mały
w porównaniu do Hawany właściwie zerowy. - Kupcy dopiero się rozkładają.
W pierwszych dniach pobytu na Kubie zastanawiałem się
czemu aż tyle ciężarówek jeździ po miastach
ale to tak naprawdę komunikacja miejska.
Tutaj widać to dokładnie.
Bloki-klocki tak dobrze nam znane :)
Okrążając miasto
dotarliśmy do bardziej elitarnej dzielnicy.
Nie ma tu żadnych bloków
są za to nieźle wykończone stare domy.
Całość z poziomu piechura wygląda wręcz idyllicznie.
To jedyne miejsce z Internetem w całym Santiago. Koszt półgodzinnego kuponu był w cenie 10 piw
więc poszliśmy dalej.
Do dziś żałuję
że było mi tak gorąco i nie chciało mi się podbiec
by zrobić im zdjęcie z przodu.